środa, 15 kwietnia 2015

Czytnik czy książka?


Oto jest pytanie. Jestem szczęśliwą posiadaczką jednego i drugiego, dlatego znam plusy i minusy zarówno książki, jak i czytnika. Jesteście ciekawi?

Najpierw chciałabym Wam przedstawić coś, co odmieniło moje życie. Już od dzieciństwa uwielbiałam czytać i sięgałam po wszystko, co tylko znalazłam pod ręką. Po prostu zakochałam się w książkach. Później były pierwsze miejsca w szkole za największą ilość przeczytanych książek itp. Itd…
Jednak w pewnym momencie zaczęłam dostrzegać, że biblioteka w moim małym miasteczku nie może już sprostać moim potrzebom. A przecież Internet otwiera tyle możliwości. Jest ogrom stron internetowych, które udostępniają swoje książki całkiem legalnie, za opłatą lub bez. Spróbowałam więc czytać na telefonie. No, niestety… Jako, że nie mogę poszczycić się najlepszym wzrokiem i milimetrowych literek nie odczytuję (ten, kto próbował, rozumie o co mi chodzi) musiałam z tego zrezygnować. Następnie kolej przyszła na tablet. I wydawać by się mogło, że to jest to! Ale… Niestety, mogę książki czytać całymi dniami, a żywotność baterii jest ograniczona, tak więc jeśli wybierałam się w naprawdę długą podróż, nie mogłam liczyć na to, że będę czytać do końca drogi. Ponadto, przez podświetlany ekran strasznie męczyły mi się oczy, nie mówiąc już o czytaniu w słoneczny dzień, bo to już w ogóle mija się z celem…
Szukałam więc dalej. Pomyślałam sobie wtedy, że przecież MUSI! być takie urządzenie, które będzie jak książka, tylko że duuużo lżejsza i bardziej poręczna. Długo nie musiałam szukać. Natknęłam się bowiem na jednej ze stron internetowych na czytnik             e-booków Amazon Kindle. I z miejsca się w nim zakochałam! Dlaczego?

1) Wymiary! Jest zaopatrzony w 6-calowy ekran o rozdzielczości 800x600 pikseli i waży niewiele ponad 100 g. Bez problemu mieści się do torebki. Jest cienki i bardzo wygodnie się go trzyma w dłoni.
2) Ekran! W porównaniu do telefonu czy tableta, zastosowana jest w nim technologia e-papieru, która ma imitować stronę w normalnej książce, tj. nie odbija światła. Możemy więc czytać w słoneczny dzień, mając 100% widoczności ekranu.
3) Wydajność! Tak jak już wspomniałam. Bateria w telefonie czy tablecie nie trzyma wystarczająco długo, aby obejść się bez ładowania więcej niż kilkanaście godzin. Tymczasem Kindle pobiera energię tylko przy zmianie strony, więc sama ładuję go z reguły raz na MIESIĄC lub nawet dwa, jeśli akurat nie mam czasu czytać.
4) Odtwarzanie plików w formatach PDF, MOBI, DOCX. To też jest zaleta, ponieważ właśnie takie pliki najczęściej znajdujemy w sieci.
5) Pamięć. Czytniki Amazon Kindle są w stanie pomieścić w sobie naprawdę sporo książek. Przy pamięci 2 GB zmieścimy ok. 1500 tysiąca książek, a przy 4GB nawet 3500! Nie musimy się więc już martwić, że nie będziemy mieć co czytać, bo ,,wyczerpiemy zapasy.”

6) Dopasowanie czcionki. Wiadomą rzeczą jest, że każda książka może się od siebie zasadniczo różnić. Jedną lepiej będzie nam czytać poziomo, drugą pionowo. Z jednej będzie trzeba majstrować z czcionką, w innej nie. W tym czytniku jak najbardziej mamy taką możliwość. Do wyboru mamy różne wielkości, kolor od szarego do głębokiej czerni, powiększenie oraz orientację poziomą i pionową. Chociaż z tym bywa różnie, bo czasem zdarza mi się, że nie do końca jestem zadowolona z jej wielkości. Bywa albo za duża albo za mała dla moich oczu.
I na koniec recenzji tego sprzętu dodatkowe funkcje. Dzięki klawiaturze QWERTY z łatwością możemy wyszukać daną książkę, a jeśli mamy wbudowane WI-FI lub Internet 3G możemy bez problemu pobierać książki bezpośrednio ze strony Amazon.com. Oprócz tego mamy możliwość słuchania MP3, jeśli tylko najdzie nas taka ochota. Od siebie polecam futerał na czytnik, który nie jeden raz uratował mojego Kindlaka przed niechybną śmiercią a posiadanie go wcale nie przeszkadza w czytaniu. Złośliwi skarżą się na to, że nie mogą czytać go w nocy, gdyż nic nie widać. Jednak przecież normalną książkę wieczorami czytamy przy lampce, więc jaki problem. Poza tym Amazon doskonale wybrnął z tej sytuacji i stworzył specjalną lampeczkę, która przypięta do czytnika podświetla ekran. Da się? Da się!
Wiadomo, że czytnik nie zastąpi nam zapachu prawdziwej książki i dotyku kartek, jednak jest  on doskonałą alternatywą dla osób, które chcą zawsze mieć przy sobie coś do czytania bez wychodzenia do biblioteki. Dla mnie jest to prawdziwy cud i naprawdę wiele osób go doceniło. Cały czas pojawiają się nowe, ulepszone wersje, by jak najlepiej dopasować się do oczekiwań klienta. Nic tylko czytać!



No tak. pięknie, cudownie. Ale...
Ja to jednak lubię sobie ,,pomacać", potrzymać, popatrzeć dłużej na okładkę, zmieniać strony, patrzeć jak książki ubywa... No i ten zapach papieru, druku <3  Aż się czuje tą więź z autorem...W czytniku tego nie ma. I choć faktycznie na wyjazdy jest ok, bo zajmuje niewiele miejsca, to książka budzi we mnie jakiś nieopisany sentyment. W czytniku też ,,tracicie orientację", ponieważ owszem, wyświetla się w % ilość przeczytanych stron, ale to już nie to samo... A, no i ja osobiście na wakacjach łokciem załatwiłam mój pierwszy czytnik. Od tamtej pory  zawsze trzymam go w pokrowcu. A wracając jeszcze do ,,żywej" książki... To nie wiem czy tylko ja tak mam, ale czasem lubię sobie po prostu na nie patrzeć jak stoją na półkach. Może to chore, ale to sprawia mi taką radość, że ja cię kręcę. Jeszcze jak do kolekcji dołączy akurat jakaś nowa to już kosmos ;) To chyba już takie moje zboczenie.

A poza tym moi kochani....
Książkę możecie równie dobrze jak czytnik przemycić do pracy (w każdym razie ja mogę z racji tego, że mam własny sklep i szef nie będzie na mnie krzywo patrzył):


A po pracy mogę zrobić pyszne ciasto, wyciągnąć się na podwórku na huśtawce ogrodowej i dalej pozostawać w świecie marzeń:


Podsumowując, choć czytnik naprawdę bardzo ułatwia życie i jest wygodny w użytkowaniu, to ja jednak wolę tą wersję papierową. Oczywiście, z Kindelka nigdy nie zrezygnuję i dalej będzie towarzyszył mi w podróżach i rozjazdach, ale to książka jest moim faworytem. A już tak zupełnie uogólniając to ludziska kochane, nie ma znaczenia co czytacie, jak czytacie, po prostu czytajcie! To naprawdę wzbogaci Waszą duszę :)

A na końcu mój mały kochany stosik (pominęłam jakże mądre podręczniki i niektóre książki, które się gdzieś przede mną schowały):


Lubicie czytać? Macie swoje ulubione książki? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! ;)

Pozdrawiam Was książkowo,
Ciepły kącik






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Limonkowy gradient :)





Z kompletnego braku czasu nie dałam rady sklecić porządnego posta. Niestety, od teraz do połowy maja będzie tylko gorzej... Ale ale! Już jutro przygotuję coś dłuższego do poczytania.

Dziś niestety musi wystarczyć mój limonkowy gradient. Zrobiłam go gąbeczką, na dwa palce dodałam ozdoby w kształcie kwiatów (żeby podkreślić wiosenny charakter) i nałożyłam top. I tu zaczęły się schody. Top ewidentnie mi się zepsuł! Nie używałam go ze dwa tygodnie, bo testowałam ten z Sally Hansen i surprise! Już przy aplikacji wydawał mi się taki dziwny, za gęsty. A później było tylko gorzej. Wiecie, gradient jednak wymaga trochę ,,paprania" i nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo się wkurzyłam, gdy zobaczyłam, że całe paznokcie pokryły się pęcherzykami powietrza! Fuj! Stąd też zdjęcia są tylko dwa i są oddalone, żeby chociaż do zdjęcia ładnie się prezentowały... Cóż, długo nie zagościły na moich paznokciach, a szkoda, bo kolory bardzo mi się spodobały i tylko dlatego je tu zamieszczam. 



Co myślicie o takim połączeniu odcieni żółtego i zieleni? I czy wiecie od czego tak szybko mógł mi się zepsuć top? Za wszelkie wskazówki na przyszłość będę bardzo wdzięczna :)

Pozdrawiam Was limonkowo,
Ciepły kącik






wtorek, 7 kwietnia 2015

Urodzinowe rozdanie u Kosmetyki i wizaż w moich oczach :)

Witajcie!

Zapraszam Was na rozdanie u Kosmetyki i wizaż w moich oczach :) Do wygrania są 2 ciekawe zestawy kosmetyków.

Zestaw 1:

http://2.bp.blogspot.com/-O9ooZ-GbwJI/VQ3evpQnHAI/AAAAAAAAAvo/jeLrN05O-Ic/s1600/_DSC5397.JPG


Zestaw 2:

http://2.bp.blogspot.com/-tjN4OwhbaS4/VQ3fJ6IHNtI/AAAAAAAAAvw/UxjBRMi7ZX8/s1600/_DSC5404.JPG


Jak widzicie nagrody prezentują się naprawdę wspaniale (sama czaję się na świeczki), dlatego serdecznie zapraszam Was do przyłączenia się do gry ;)

Czas trwania rozdania: 21-03 - 21.04

Szczegółowy opis nagród oraz dodatkowe informacje znajdziecie Tutaj :)

Pozdrawiam Was konkursowo,
Ciepły kącik

:

niedziela, 5 kwietnia 2015

Jak naprawić szminkę? - DIY


Dziś przychodzę do Was z wpisem załamanej miłośniczki szminek. Otóż kilka dni temu zupełnie nie wiedzieć czemu coś dziwnego stało się z moją szminką. I to już drugi raz! Za pierwszym razem, gdy coś takiego mi się stało, po prostu ścięłam nożem czubeczek, od razu odnawiając jej kształt w szpic i myślałam, że sprawa załatwiona. Nic bardziej mylnego! Tym razem stało się to samo, tylko jakieś 10 razy gorzej! Ścięcie ,,czubeczka" w żadnym wypadku nie wchodziło w grę, ponieważ wtedy ze szminki już chyba nic by mi nie pozostało... Zresztą, zobaczcie same:


Jak widzicie, sytuacja wyglądała po prostu tragicznie. Szminka była wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinna. Nie wiem, czy sama się wykręciła podczas swojego pobytu w torebce czy już taka jej wada.. Nie chciałam jej wyrzucać, bo naprawdę podobał mi się jej kolor, więc postanowiłam, że dam jej drugie życie! Jak?

Najpierw rzeczy, które będą potrzebne:
  • mały plastikowy pojemniczek/pudełeczko
  • świeczka
  • łyżeczka 
  • zapałki
  • chusteczki higieniczne
  • patyczek/wykałaczka
  • i oczywiście szminka
Postanowiłam, że przetopię szminkę. Naszykowałam wszystkie potrzebne do tego procesu rzeczy i zabrałam się do roboty. Jeśli szukacie odpowiedniego pudełka, to idealne okaże się np. takie po posypkach do paznokci. Zaczęłam od dokładnego wydłubania patyczkiem zawartości nakrętki i umieszczeniu jej na łyżeczce.


Następnie łyżeczkę umieściłam nad płomieniem świeczki i czekałam, aż szminka się rozpuści.


Gdy szminka była całkowicie rozpuszczona, przelałam ją do pojemniczka.


Później kolejno przetapiałam kolejne kawałki szminki i wlewałam je do pojemniczka. Robiłam to stopniowo celowo, ponieważ bałam się, żeby nie było jej na łyżeczce za dużo i żeby się nie wylała.



Pojemniczek ze szminką schowałam do zamrażarki, żeby bardzo dokładnie się zestaliła, bo widocznie jej ciągłym problemem była zbyt rzadka konsystencja. Zaczekałam może z pół godziny i ją wyjęłam. Oczywiście nie dało się nią malować, ponieważ była zbyt twarda! Postała jakiś czas w temperaturze pokojowej i znów odżyła :)


Bardzo się ucieszyłam, że udało mi się ,,wskrzesić" jedną z ulubionych szminek. Dzięki temu na pewno jeszcze długo mi posłuży. Wam również polecam ten sposób, gdyż jest prosty i szybki w wykonaniu, a sprawia bardzo dużo radości. A, i pojawił się pewien skutek uboczny. Do przetapiania szminki wybrałam pierwszą lepszą świeczkę, jaką miałam pod ręką, o zapachu jakichś owoców chyba. Szminka nigdy zapachu nie miała. Wyobraźcie sobie, że po przetopieniu przejęła ten zapach od świeczki! Normalnie pachnie mi słodkimi owocami :) Takie skutki uboczne to ja lubię. Na koniec zamieszczę zdjęcie, jak prezentuje się na ustach.


Oczywiście malowane na szybkiego, bo do zdjęcia, ale macie dowód, że szminka nie utraciła swoich właściwości :)

Co myślicie o takim sposobie ratowania szminki? A może miałyście różne dziwne/szalone/śmieszne historie z ich udziałem? Koniecznie  napiszcie! :)

Pozdrawiam Was z ulubioną szminką na ustach,
Ciepły kącik














piątek, 3 kwietnia 2015

Ale jaja i zające - paznokcie Wielkanocne



Wiem, że dopiero wczoraj uraczyłam Was wiosennymi paznokciami, ale tamte były robione trochę wcześniej i obecnie na paznokciach mam takie :) Oczywiście zdjęcia też robione po czasie, więc niestety widoczny jest niewielki odprysk ;/

Pewnie jesteście pochłonięte gotowaniem i sprzątaniem (ja już nie mam siły, ale większość pracy została wykonana), jednak jeśli już dacie sobie chwilę na złapanie oddechu, możecie pooglądać owoc mojego trudu i ślęczenia z pędzelkiem w dłoni przez 2 godziny...

 Jak wykonałam paznokcie:
1. Pomalowałam wszystkie paznokcie na bananowy kolor.
2. Wybrałam z płytki do stempli 3 wzory, które wpisałyby się w tematykę Wielkanocy (chociaż patrząc na pogodę powinnam była wybrać raczej płatki śniegu)
3. Odbiłam wzorek na stemplu i zaczęłam go kolorować różnymi kolorami lakierów za pomocą bardzo cienkiego pędzelka.
4. Gdy lakier na stemplu dokładnie wysechł, nałożyłam na stempel cienką warstwę top coatu.
5. Zaczekałam, aż top coat wyschnie i za pomocą pęsetki zdjęłam powstałą ,,naklejkę".
6. Na świeżo pomalowany topem paznokieć ostrożnie nałożyłam naklejkę i lekko docisnęłam. I teraz uwaga. Musicie robić to bardzo ostrożnie, ponieważ inaczej ,,naklejka" może Wam się lekko zdeformować.
7. Zamoczonym w zmywaczu do paznokci pędzelku przejechałam dookoła paznokci, tam gdzie wystawała naklejka tak, żeby pozbyć się niechcianych resztek zastygniętego topu.
8. Na paznokcie, które nie były ozdobione stemplami, nałożyłam 2 brokatowe lakiery (1 wykonałam sama, ale do niego jeszcze wrócę w osobnym poście).
9. Wszystkie paznokcie pokryłam top coatem i gotowe! 


Oj pracy z tym było.... W połowie już miałam dość. Proszę Was o wyrozumiałość, gdyż po raz pierwszy w życiu malowałam stemple. I naprawdę myślałam, że jest to łatwiejsze... Jednak tutaj trzeba być precyzyjnym. No nic, będę dalej ćwiczyć i następne na pewno już wyjdą lepiej. Pod 3 naklejki miejscami widać jakby pęcherzyki powietrza i nie wiem czy źle docisnęłam naklejkę czy co... :/





A, i w poprzednim poście pisałam Wam, że wtedy użyłam największej liczby lakierów... Otóż w tym zdobieniu pobiłam ten rekord! Do poprzedniego mani użyłam 8 lakierów, a do tego aż 13! 


Powiem Wam, że jak się tak zastanowię, to malowanie stempli bardzo mi się spodobało. Na pewno taki wzorek wygląda dużo ciekawiej w całej gamie kolorystycznej, niż gdyby był w jednym kolorze. Koniecznie muszę zainwestować w jakieś fajne płytki do paznokci, żeby malowanie sprawiało mi jeszcze więcej radości.

I już zupełnie na koniec pragnę życzyć Wam Wesołego Alleluja! :) :*

Pozdrawiam Was świątecznie,
Ciepły kącik




czwartek, 2 kwietnia 2015

Spring Nails like Daisy Dream by Marc Jacobs



W ten dziwno-wiosenno-zimowy dzień spieszę do Was z wiosenną stylizacją paznokci. Nie wiem jak u Was, ale u mnie to sypie śnieg! O_O Musiałam więc pochować wiosenne kurtki... A, i rano 2 dni temu jak wychodziłam do szkoły, tak świeciło słońce, że szłam w okularach przeciwsłonecznych, a po południu, gdy wracałam do domu z siłowni, padał śnieg! Możecie sobie wyobrazić mnie w trampeczkach (bo przecież wiosna) i z okularami przeciwsłonecznymi na nosie... Oczywiście cały następny dzień przeleżałam w łóżku z Teraflu i gorączką... 

No, ale wystarczy tych życiowych historii, przejdźmy do zdobienia :) Natchnęły mnie wiosenne perfumy Dream Daisy Marca Jacobsa.
https://www.google.pl/search?q=daisy+marc+jacobs&es_sm=93&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ei=nFEdVaeqGOmc7AaGmIDACw&ved=0CAcQ_AUoAQ&biw=1455&bih=705#tbm=isch&q=daisy+dream+marc+jacobs&revid=1260904671&imgdii=_&imgrc=oGTUNk-c5OveJM%253A%3BuVjn2EoNEfwEcM%3Bhttp%253A%252F%252Fd1ne43z8l8qrji.cloudfront.net%252Fsites%252Fdefault%252Ffiles%252Fmjf_dd_landing_0.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.marcjacobsfragrances.com%252Ffragrances%252Fdaisy-dream%3B1280%3B746



Powiem Wam, że efekt nawet nawet mi się podoba :) Kwiaty malowałam sama, więc wybaczcie za niedociągnięcia. A, i pierwszy raz w życiu użyłam aż tylu lakierów do wykonania mani :) 



A tutaj mam zdjęcie w wersji podstawowej, czyli bez ozdób i glitterów. Przyznam szczerze, że ten delikatny pastelowy look też bardzo mi przypadł do gustu :)


A teraz już pazurki ze wszystkimi możliwymi ozdobami :)





Co o tym myślicie? Ujdą w tłumie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! :)

Pozdrawiam Was śniegowo-deszczowo-wiosennie-zimowo-paznokciowo
Ciepły kącik




piątek, 20 marca 2015

Posumowanie pierwszego miesiąca akcji: NAKRĘĆMY SIĘ NA WIOSNĘ!



Moi drodzy! Nadszedł czas na podsumowanie pierwszego miesiąca akcji: ,,Nakręćmy się na wiosnę!" :) Pisałam Wam już o tej akcji TUTAJ. Postanowiłam sobie, że zacznę od metody, która jest mi najlepiej znana i najczęściej używana. Jest też najmniej problematyczna i najwygodniejsza w spaniu, co ma dla mnie zasadnicze znaczenie. Niestety, co za tym idzie, efekt też niestety nie jest do końca taki, jaki chciałabym uzyskać. Na pewno w następnych miesiącach będę starała się uzyskać mocniejszy, ale wyglądający naturalnie skręt.

Metoda, na jaką kręciłam włosy to dobrze pewnie znane wszystkim koczki ślimaczki (ja na nie mówię kręciołki) :P 

Jest to zdecydowanie najprostsza metoda na lekko podkręcony wygląd włosów i na pewno każda z Was już kiedyś ją wypróbowała, świadomie czy nie. Oczywiście ulega ona wielu modyfikacjom. Spotkałam się z jednym koczkiem z całych włosów, kilkoma koczkami, albo włosami po prostu zwiniętymi (w sensie, że zwinięte jakbyśmy chciały zrobić z nich ślimaka, ale puściłyśmy je luźno) [Nie mam pojęcia jak to opisać, więc po prostu pokażę zdjęcie].

Przed zakręceniem włosów nie stosowałam specjalnej pielęgnacji aby wzmocnić skręt. Związałam włosy do spania jak leciało, a rano rozpuściłam je i pobiegłam do szkoły. Raz spróbowałam po umyciu pianki i okazało się, że skręt wyszedł lepszy bez niej :P Nie to nie, chciałam dobrze :P

A teraz pokażę etapowo, jak wyglądało moje kręcenie włosów:

I Etap
Podzieliłam włosy na dwie równe części i zaczęłam mocno zawijać. To ważne, żeby w nocy po prostu się nie rozwaliły, ale też w późniejszym etapie zawijania włosy samoistnie lekko się luzują, dlatego na początku im mocniej, tym lepiej. 


Jeśli kręcicie włosy w dzień i nałożycie na umyte dużą ilość pianki, to możecie je pozostawić w tej opcji, ja jednak myję włosy na noc, dlatego konieczne u mnie jest ich związanie. Jak?

II Etap
Teraz te włosy skręcacie w koczka ślimaczka i ,,mocujecie" do głowy gumką. I właśnie w tym miejscu uważajcie, żeby to co ukręcicie, po prostu wam się nie rozlazło, kolokwialnie mówiąc ;)
Zdjęcie przedstawia włosy, po całej nocy. Jak widzicie, nic się nie wysmyknęło, a ja spałam bardzo wygodnie :)


III Etap
Rozpuszczacie włosy i w zależności od upodobań rozczesujecie je, lub nie w zależności od upodobań. Ja je rozczesałam, ponieważ od razu zyskały na objętości. Od tyłu nie wyglądają na zakręcone i właśnie to w kolejnych metodach będę korygować. Natomiast z przodu wyglądają całkiem sympatycznie. Delikatnie falowane, dobre, gdy nie mamy czasu na kombinowanie z fryzurą.




Jak widzicie włosy są naprawdę minimalnie skręcone, ale efekt całkiem mi się podoba. I na pewno zauważycie, że dużo lepiej wyglądają po rozczesaniu, gdyż nie są takie ,,sklejone" jak przed.

Czas na zdjęcia z lampą i bez:



I co myślicie? Mogą być? Ja nadal będę szukać, ale ostatecznie do codziennego ,,stosowania" na pewno będę tej metody używać :)

A może macie pomysły na ,,stuningowanie" tej metody, żeby od tyłu wyglądały na bardziej skręcone? Koniecznie dajcie znać w komentarzu!

PS. Włosy na emigracji pozazdrościłam Ci tego, jak ładnie potrafisz zrobić zdjęcie swoim włosom od tyłu i też chciałam spróbować...


Oto, co wyszło. Hahaha :D Pozostawię to bez komentarza :P


Pozdrawiam Was bardzo włosowo,
Ciepły kącik








czwartek, 19 marca 2015

PRZYWOŁUJEMY WIOSNĘ!!!



Przywołujemy wiosnę wraz z Pretty Nails by Kasia ! Konkurs polega na stworzeniu paznokci/makijażu/fryzury, który pokaże, jak bardzo chcemy wiosny! :) Was też gorąco zachęcam do wzięcia udziału. Więcej informacji TUTAJ. Może im będzie nas więcej, tym wiosna szybciej nadejdzie :)

Paznokcie robiłam już zeszłego lata i powiem Wam, że za każdym razem jak gdzieś mi zimą przemknęły przed oczami, zawsze zaczynałam tęsknić za wiosną :( Przypominałam sobie to cudowne ciepełko, zapach przyrody budzącej się do życia, widoku kwitnących kwiatów i drzew... Ach <3
Dlatego postanowiłam się podzielić ze światem moim mani, choć nie jest idealny (tragiczne, niedomyte skórki, gdyż zdjęcia były robione od razu ,,po" i ułamany paznokieć ;/ ). Pamiętam jednak ile radości sprawiło mi jego robienie i jak bardzo lubiłam później sobie na nie patrzeć, dlatego dodają tego posta. 

PS. Mam nadzieję, że wiosna naprawdę posłucha i szybko przyjdzie! :)




A Wy macie jakieś wiosenne mani? Jeśli tak, to szybko się tu ze mną nimi podzielcie! :)

Prawie wiosenne pozdrowienia,
Ciepły kącik


środa, 18 marca 2015

,,Zwykły" lakier wyglądający jak hybryda? Czemu nie! Sally Hansen Miracle Gel.



Ha! Piszę do Was elegancko z laptopa! :) Chyba moje problemy z bloggerem albo z wyszukiwarką [?] zostały zażegnane :) 

Tego pięknego słonecznego popołudnia przygotowałam dla Was recenzję nowej serii lakierów, która ukazała się w lutym Sally Hansen Miracle Gel, które mają dawać wrażenie manicure hybrydowego bez użycia lampy UV i utrzymywać się na paznokciach do 14 dni! Nie mogłam przejść obok nich obojętnie, musiałam je wypróbować! :)
Jeśli kiedykolwiek miałyście na paznokciach hybrydę lub żel, na pewno dobrze wiecie, że wygląda cudownie do czasu. Później pojawia się odrost, albo kolor zaczyna wam się po prostu nudzić. Poza tym musicie umówić się na wizytę, zapłacić (czasami naprawdę sporo), a później oglądać opłakany stan paznokci, które po takich zabiegach, szczególnie przy długotrwałym stosowaniu bardzo się niszczą.

I właśnie w tym momencie pojawiają się lakiery Miracle Gel. Wyglądają jak hybryda, a możecie zrobić je same! Wystarczy, że pomalujecie paznokcie dwoma cienkimi warstwami lakieru w  wybranym kolorze (dwie warstwy dają najlepszy efekt krycia), wykończycie je Topem i gotowe! Pomoże Wam w tym duży, płaski pędzelek, który ułatwi i przyśpieszy nakładanie lakieru. Tyle! Brzmi niewiarygodnie prosto i szybko? Bo dokładnie tak jest! Pamiętam jak kiedyś zawzięcie robiłam sobie tipsy i spędzałam nad nimi po 2-3 godz.. A tutaj po prostu czekacie dopóki lakier nie wyschnie (a schnie rozsądnie szybko)  i gotowe. Bez żadnego utwardzania pod lampą!
 Plusem jest również to, że lakier cudownie błyszczyŻadne z moich zdjęć nie oddają tego w pełni ( a szkoda), ale efekt jest widoczny do tego stopnia, że koleżanki pytały mnie, czy byłam u manicurzystki :) Z trwałości również jestem zadowolona. Co prawda po tygodniu zaczynały mi się nudzić (mania malowania :P), ale dawały radę. Po 10 dniach w końcu je zmyłam, bo zaczęły pojawiać się lekkie przetarcia/odpryski na czubkach. A, właśnie. Zmywacie te lakiery jak najzwyklejszy lakier! I powiem Wam, że nie zauważyłam pogorszenia kondycji paznokcia po zmyciu, więc możecie je stosować bez obaw, że zaraz będą wam się wyginały we wszystkie strony.

Pisałam Wam przed chwilą, że lakier szybko mi się nudzi. Firma Sally Hansen pomyślała także o tym! W zagranicznych sklepach tej marki dostępnych jest aż 45 cudownych kolorów! Co prawda w Polsce na razie jest ich 12, ale myślę, ba! mam nadzieję, że odcieni będzie cały czas przybywać. Ja mam lakier 160 Pinky Promise  i stał się on moją miłością od pierwszego wejrzenia. Jest pastelowo-cukierkowo-pudrowy, więc oprócz tego, że jak mam go na paznokciach, to mam ochotę go zjeść (nie, nie, spokojnie, z moją głową wszystko w porządku) to jeszcze będzie odpowiadał wiosennym trendom i wpasuje się w każdy pastelowy  look. :) 

Lakiery można kupić przez internet lub stacjonarnie, np. w Rossmanie. Cena wynosi ok. 34 zł, więc jak na prawie 14-dniowy manicure i pojemność aż 14,7 ml cena jest naprawdę rozsądna.

Lakiery doskonale sprawdzą się u pań, które pragną uzyskać długotrwały efekt ładnie wyglądającego manicure w domowym zaciszu. Na początku miałam napisać, że sprawdzą się u pań, które nie lubią malować paznokci, ale ja uwielbiam, a też je polubiłam, więc widocznie to tak nie działa ;) Dodatkowo idealnie sprawdzą się w podróży i na kilkudniowych wyjazdach, gdzie nie mamy lakierów pod ręką. No i pedicure w ich wydaniu również wygląda fantastycznie (wiem, bo mam) ;)

Podsumowując, nowa seria lakierów Miracle Gel bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Naprawdę usiłowałam doszukać się jakiejś wady, gdyż gdzie bym nie spojrzała, wszystkie panie, które lakiery przetestowały były nimi zachwycone. Żadnego minusa nie znalazłam, więc szczerze Wam je polecam. 






Używałyście już lakierów z tej serii? Jeśli tak, to jak u Was się sprawdziły? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii! :)
Pozdrawiam Was wiosennie,
Ciepły kącik